Dziś opowiem Wam o chyba najbardziej porąbanej rzeczy, jaką w życiu zrobiłam. Minęło już ponad 10 lat od tego występku i myślę, że emocje osiadły na tyle, żeby przyznać się do tego nieco strasznego, ale i pasjonującego Fakapu w Calderze. Trochę szkoda, że piszę dopiero po takim czasie, bo i pamięć trochę wyblakła, ale spinam wszystkie neurony i opowiem wam tę historię taką, jaką ją pamiętam.

W roku 2008 byłam w całkiem niezłej kondycji, chyba szczytowej w moim życiu doczesnym – dużo chodziłam po górach, akurat byłam na skutecznie przebiegającej diecie pt. „1200 kalorii dziennie”. Jak na spędzającą życie przed komputerem, pochodzącą z płaskiej Polski niewiastę, moja fizyczność miała się dobrze. Do mojego (wówczas jeszcze nie) eksa przyjechał z zagranicy w odwiedziny stary znajomy Helmut z dziewczyną Fioną. Eks z Helmutem lata wcześniej wyrabiali szaleństwa w Caldera de Taburiente (dla niewtajemniczonych: wielokilometrowa dziura w La Palmie, park narodowy o niesamowitych różnicach wysokości, rzekach, głazach, wodospadach, itd., którego krawędź ma wysokość taką, jak Rysy, a ujście ma w oceanie, czyli na dnie tego). Wizytator wraz z eksem postanowili z okazji jego bytności na La Palmie oraz ku czci starych dobrych czasów zorganizować wycieczkę do Caldery na rappelling, czyli spuszczanie się ze skał na linach.

Moja wiedza w dziedzinie rappellingu porównywalna była do wiedzy na temat operowania sprężarkami wysokociśnieniowymi na stacjach kosmicznych. Eks, jak wspominałam gdzieś indziej na niniejszej stronie, lata wcześniej pracował jako strażnik Caldery i nie można mu odmówić wiedzy eksperckiej w dziedzinie geografii i obsługi La Palmy. Na kolacji z Helmutem nasłuchałam się o owych czasach, w których to jakąś wesołą grupą kilkunastu ludzi łazili po wodospadach, skakali z wysokości do naturalnych basenów wodnych, wspinali się po zboczach to tu to tam i generalnie sielanka. Fiona wcześniej po jakiejś skałce amatorsko skakała, ja natomiast w życiu nie miałam w ręce liny. Moje tendencje do nadmiernego stresu nieznanym kojone były tym, że podobno „to bardzo proste”, że w końcu druga dziewczyna też jest początkująca; że szlak, który mieliśmy zaliczyć, znają Eks wraz z Helmutem na pamięć, bo robili go sto razy z zamkniętymi oczami oraz że robi się go „w cztery godzinki”. A że akurat wiedza eksa na temat Caldery jest niezaprzeczalna, więc wiedziałam, że nie zmyśla.

W ramach rozgrzewki – a także, w moim wypadku, nauki – poszliśmy na ścianki w Barranco de la Madera. Ściany miały na oko z 10 metrów i trochę mnie wmurowało, bo odległości, do których przywykłam, to raczej kilkadziesiąt centymetrów dzielących mój nos od ekranu laptopa. Podobnież rozwinięte miałam mięśnie ręki potrzebne do obsługi myszki, natomiast ramiona mogłyby być encyklopedycznym przykładem dystrofii mięśniowej. Dygotałam, ale wytłumaczono mi, jak działa uprząż, przez takie metalowe kółko powoli wypuszcza się linę, i pod własnym ciężarem opada się powoli w dół, nogami opierając o ścianę. Szybkie studium odległości i twardości skał, a także to, że metr od góry już nikt mi nie pomoże i muszę liczyć tylko na siebie, nie koiło zszarganego poczucia bezpieczeństwa, pomagał w tym natomiast kask na głowie.

Ścianka w Barranco de la Madera

Szło trochę opornie, tak, jakbym była zbyt lekka i nie miała wystarczającej wagi, która przekroczy tarcie metalowych kółek i liny w uprzęży i pozwoli mi spuścić się pod własnym ciężarem, ale… dałam radę! Manewr spuszczania ze ściany powtórzyłam 3-4 razy, każdy trochę łatwiejszy i zwieńczony sukcesem. Nie mogliśmy jednak ćwiczyć więcej, gdyż zrobiło się ciemno. Zgarnęliśmy manatki i pojechaliśmy do domu. Następnego dnia wcześnie rano trzeba było startować do wnętrza Caldery.

Ja z lewej, Fiona z prawej. Barranco de la Madera
Zachód słońca, Barranco de la Madera

Wieczorem przygotowałam woreczek z karmą dla psa, a także psa we własnej osobie wraz z jego żółtym jeżem z miękkiego plastiku, i oddałam ten psi zestaw pod opiekę znajomemu, informując, że odbiorę zwierza następnego dnia późnym wieczorem lub następującego po nim, rano. Normalnie zabierałam Dolara ze sobą wszędzie, nawet na te trudne szlaki, gdyż ów uwielbiał przygody oraz mnie. Piesek miał ponadprzeciętnie ludzki charakter, ale spuścić się na linach już nie dałby rady.

Plan operacyjno-logistyczny był następujący: bierzemy tylko dwa zestawy wspinaczkowe; osoba, która schodzi pierwsza, zdejmuje sprzęt i przywiązuje go do liny, a osoba u góry wciąga ją i zakłada na siebie. Dochodzimy z parkingu do okolic Dos Aguas, tam w lesie zostawiamy jakieś graty, w tym śpiwory – gdybyśmy zdecydowali po zakończeniu przygody spać. Następnie idziemy szlakiem El Reventón (z hiszpańskiego reventar, czyli – nomen omen – być wykończonym), aby dostać się do Playa de Taburiente. (Pod tym linkiem jest ta sama trasa, tylko że w drugą stronę, z górki. My szliśmy pod górkę). Reventón jest co prawda prosty w odwrotnym kierunku, pod górę jednak jest wyczerpujący. Z Playa de Taburiente męska część ekipy zabiera nas w jakiś radosny rejon wodospadów, który jednak jest strefą zabronioną w Calderze, ponieważ można tam poruszać się tylko na linach.

W drodze do Dos Aguas

Zgodnie z planem zostawiamy auto na parkingu, kilka godzin marszu później jesteśmy przy Dos Aguas, gdzie zostawiamy w lesie graty, biorąc ze sobą tylko to, co niezbędne. Jest lato, jest ciepło. Na sobie mam bikini, bluzkę, krótkie spodenki, dobre buty górskie, w plecaku butelka z wodą (można nabrać pitnej ze strumieni) cztery zielone jabłka (jestem na diecie oraz planuję podzielić się z każdym), aparat kieszonkowy na miarę 2008 roku, telefon na miarę 2006 roku, niechcący przypałętało się małe pudełeczko słodziku bez kalorii i chyba nic więcej. Reventón zaliczam po raz pierwszy w życiu i z wysiłku dostaję zawału serca pięć razy i trochę nie chce mi się wierzyć, że w zasadzie jeszcze nie zaczęliśmy tego, po co przyszliśmy.

Docieramy do pierwszego zejścia, w ścianie wbite są metalowe zaczepy, z których można się spuścić, co jest wyjątkowym udogodnieniem, więc jestem optymistyczna. Patrzę w dół tyle, ile się da i mam ochotę zawrócić do domu – jest wyżej, niż na treningu i przede wszystkim jakoś nierówno, w przeciwieństwie do pola treningowego w Barranco de la Madera. Pierwszy schodzi Helmut. Ściąga z siebie sprzęt, przyczepia kask i uprząż do liny i po raz pierwszy trenujemy wciąganie wyposażenia na górę, pomaga mi w tym eks. Moja kolej. Poziom trudności wzrósł ze względu na obecność wody, a co za tym idzie, śliskość powierzchni. Kojarzę fragment, w którym wisiałam w powietrzu, nie opierając się nogami o nic. Tego nie było w planach. Los mojego spadnięcia był w moich ramionach, jednak ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że to faktycznie łatwiejsze, niż gdy trzeba nawigować nogami.

Dotarłam na dół, Helmut pokazał mi, jak zaczepić sprzęty, które władowaliśmy na górę. Następna była Fiona, a ja poszłam badać teren na następne zejście. Widząc, co mnie czeka, dostałam szóstego zawału, na dodatek wiedziałam, że teraz już nie ma odwrotu…

Pierwsze kroki pierwszego zejścia
Pierwsze zejście (lewa strona)
Prawa strona

Otóż przed moimi oczami było coś takiego: jesteśmy w głębi jakiejś potężnej, bardzo wąskiej szczeliny, która musiała powstawać przez setki tysięcy lat w wyniku erozji z wodnych rąk wartkiego potoku. Po bokach kilkunastometrowe ściany, a „przejście” ma szerokość metra, dwóch. Na dnie tegoż przejścia, za przeproszeniem, napierdala mocno woda i jest pełno śliskich glonów. Tym razem nie jest to spad bliski dziewięćdziesięciu stopniom, tylko coś w rodzaju wodnej, kamiennej, śliskiej, twardej i zimnej zjeżdżalni pod ciśnieniem. To oznacza, że trzeba się wewnątrz tego czegoś zsunąć po linie. Nie widać końca tego wodospadu i nie wiem, czy to kwestia pięciu metrów, czy dwudziestu i czy jest prosto, czy też jest jakiś zakręt. Zakładam, że chłopaki wiedzą, jaką długość liny zabrać, by wystarczyła na wszystkie fragmenty, bo jak nie, to…

W ścianie są, dzięki Bogu, zamontowane zaczepy. Robię parę zdjęć. Zastanawiam się, jaką techniką się tym czymś najlepiej zsunąć – bo chyba pupą do zewnątrz, niczym w moim uprzednim treningu, bez poślizgu i przyrąbania licem o skałę, nie da rady.

Widok tego, co dalej przed nami

Schodzi reszta ekipy i pierwszy idzie któryś z chłopów. Tu pozostaje czekanie, aż coś się zacznie ruszać na linie, wskazując na powrót hełmu i uprzęży, bo nie widać końca wodospadu i nie wiadomo, co się dzieje z pierwszą osobą. Sprzęt wrócił, przywdziałam go i rozpoczęłam moją kolejkę, cała spięta i zestresowana – i słusznie. Było mega ślisko, woda przeszkadzała, przemokłam do reszty, kojarzę jakiś zakręt, w ogóle katastrofa. Na końcu cały ten super wartki bicz wodny rozpryskiwał się w jakimś wielkim wodnym chaosie, który pluł ci wodą w twarz i utrudniał stanięcie, by się ze sprzętu wypiąć. Przeżyłam. Następni też. Z łezką w oku wspominałam moment tego dnia, w którym skacząc po kamieniach w Barranco de las Angustias stwierdziłam „ojej, zmoczył mi się but!”.

To już trochę dalej

Ciąg dalszy trochę zlewa mi się w mniej wyraźną całość, jednak wiem, że to było ostatnie miejsce z metalowymi zaczepami w ścianie. Podobno woda wraz z kamieniami, głazami i kawałkami drzew musiała je wyrwać i porwać ze sobą. To oznaczało, że musimy teraz zaczepiać się o wystające kawałki głazów – licząc na to, że takowe będą i że nie jesteśmy zbyt ciężcy. Przypomniała mi się lekcja Eksa na temat rodzajów skał w Calderze – szczególnie jeden, taki żółto-czarny, który optycznie wygląda na solidną skałę, natomiast chwycony rozsypuje się w kawałeczki. Całe szczęście, że chłop się zna.

Gdzieś w głowie przypomniał mi się przypadek wypłukanych przez Calderę Niemców…

Cała operacja wymiany sprzętów w tę i we w tę okazała się bardziej czasochłonna, niż planowano. W szczelinach, w których się znajdowaliśmy, nie było światła, a że byliśmy mokrzy, było zimno. Było dużo zmokłego czekania. W pewnym wymiarze tego całego zdarzenia było bardzo ciekawie – jednak doświadczałam czegoś niesamowitego oraz miałam zaszczyt zobaczyć fragment Caldery, który widzieć mogła tylko garstka ludzi na tej planecie! No i totalne „wyjście poza strefę komfortu”!

W następnych odcinkach zejść pamiętam, że:

– Tak, jak na treningu, tylko że trudniej, bo w wodzie – miałam problemy, żeby się poruszać. Helmut z lekką nadwagą nie miał problemu, żeby się spuszczać, jednak ja ważyłam wtedy około 55 kilogramów, i po prostu czasem mnie przytykało w negocjacjach z grawitacją;

– nie było już ani jednej ściany, którą dałoby się przejść, nie znajdując się wewnątrz strumienia pięciu wanien zimnej wody na sekundę;

– Wszystkie wodospady były śliskie od glonów;

– Przy wymianie sprzętów, ów czasem się klinował, blokował i zadawałam sobie pytanie: a co, jak się zaklinuje na dobre?

– Przez tę wodę i wysokie ściany, było cały czas niesamowicie głośno i porozumiewaliśmy się krzykiem;

– W niektórych „przystankach” między szczelinowymi wodospadami było tak gładko, że nie było o co się solidnie zaczepić. Czasem lina była tak trochę na słowo honoru oparta o wystający kamień;

Nawet nie wiem, czy to jest widok w dół, czy w górę…

– Utknęłam w jednym miejscu na dobre i kompletnie nie potrafiłam się ruszyć w dół. To dlatego, że metalowe kółko, na którym zawijało się linę, oparło się o skałę tak, że na nie właśnie przypadał mój ciężar. A mój własny nie był wystarczający, żeby się ruszyć. Całe szczęście było to na niskim wodospadzie, więc pomógł mi Helmut.

– Nadal się śmialiśmy, ale miny chłopaków zaczęły robić się nietęgie;

– Eks w wodzie zgubił but i od tego momentu chodził tylko w jednym;

Rozdarły mi się spodnie;

Zaczęło się ściemniać

To ja.
Ja

Trafem ślepego losu na przystanku, który zastaliśmy, gdy już było ciemno, mieścił się malutki fragment z czarnym, suchym piaskiem, schronieni byliśmy pod głazem w razie jakiegoś mało prawdopodobnego deszczu. Było trochę drewna a mój McGyver-Eks miał ze sobą małą butlę z gazem i sprzęt do robienia ognia, co pozwoliło nam ogarnąć małe ognisko, przy którym ulegliśmy iluzji, że coś może nam się wysuszy. Było ciemno i zimno, nawet nie wspominam o nadziei zasięgu telefonu.

Ja, już prawie po ciemku
Resztki światła i noga – bez buta.

Faceci mieli ze sobą dwie czołówki, które pozwalały poruszać się w nocy w poszukiwaniu drewna, i które okazały się nadprzyrodzenie skutecznie przyciągać chmurę komarów ku obliczom osobników je noszących.

W ogóle w powietrzu unosił się wyjątkowy urodzaj komarów, które nigdy wcześniej w życiu nie miały okazji skosztować ludzkiego mięsa oraz nigdy wcześniej nie widziały nocą światła. Nie mogłam zasnąć. Przez kilka godzin trzymałam przy ogniu jedną skarpetkę na przemian z drugą, łudząc się niesłusznie, że dadzą radę wyschnąć do rana (i tak nie wiem, po co). Rozdałam jabłka i zeżarłam swoje. W garnuszku McGyvera zagotowaliśmy wodę i napiliśmy się czegoś ciepłego.

Faceci pytani o to, czy daleko jeszcze, mówili, że nie wiedzą, bo przez te lata szlak zmienił się tak mocno, że go nie poznają. Ale że następnego dnia dojdziemy. Mimo wszystko nadal byliśmy uśmiechnięci, bo w pewnym sensie to wszystko było pokraczne i zabawne!

Martwiłam się o tęskniącego psa i o kolegę, który na pewno będzie na mnie obrażony na to, że nie dość, że zostawiłam mu psa i go nie odbieram, to nie ma ze mną kontaktu – pewnie poszłam się gdzieś upoić alkoholem, albo co. Pies też nie miał wystarczająco jedzenia i nie wiedziałam, czy znajomy wpadnie na to, żeby kupić karmę.

Wyładowała mi się bateria w aparacie fotograficznym.

Udało mi się niezbyt głęboko zasnąć. Następnego dnia również wszystko trochę mi się, dzięki zawodności pamięci, zlewa. Pamiętam, że jeden z poziomych przystanków pomiędzy wysokimi ścianami skalnymi był tak wygładzony, jakby jakiś gigant szorował go codziennie papierem ściernym. Nie było ZUPEŁNIE się o co zaczepić. Zrobiliśmy pętlę na linie, rozłożyliśmy ją na płasko i zebraliśmy wszystkie dostępne kamienie, układając je w górkę na pętli. Brawa dla pierwszej (ciężkiej!) osoby, która podjęła się tego ryzyka, ale metoda zadziałała.

Później pamiętam, jak zaklinowałam się kompletnie po raz drugi. Tylko tym razem to był wyższy poziom trudności, bo utknęłam w wysokim wodospadzie, prawie przy samym jego końcu, był on w porównaniu do poprzednich bardzo wartki, a zablokowałam się na dole wewnątrz czegoś, co przypominało zapętlony w nieskończoność Wielki Wybuch wody. Całe szczęście zablokowałam się twarzą na zewnątrz, dzięki czemu nie miałam wody w otworach swego oblicza i mogłam oddychać. Było jednak ślisko i bałam się ruszyć, żaby mnie jakoś nie obróciło bez wyjścia głową do wewnątrz. I to było, obok paru sytuacji na drodze, moje najpoważniejsze spotkanie z przedwczesną śmiercią, dzięki Bogu jednak po raz drugi pomógł mi Helmut. Miał trochę problemów, żeby się do mnie dostać w tej eksplozji pięciu wanien wody na sekundę, ale uwolnił mnie, za co mu dozgonnie dziękuję.

Szlak zaczął być trochę łatwiejszy i nareszcie dało się iść czymś suchym. Dotarło też do nas nareszcie trochę słońca i ciepła. Zrobiło się też bardzo cicho, bo zniknął hałas i echo wody.

Gdy znaleźliśmy coś, co wyraźnie wyglądało na ścieżkę, podskoczyliśmy z radości. Dedukowałam, że była to już część Caldery dostępna dla plebsu homo sapiens, więc począwszy od teraz wycieczka już będzie przebiegać z górki. Szliśmy wzwyż szlakiem, który jednak… stawał się coraz mniej wyraźny i coraz bardziej niebezpieczny. W pewnym momencie dotarliśmy do fragmentu, który był niemal pionową ścianą, w tę ścianę były wbite właśnie te żółto-czarne skały, o których wcześniej wspominałam, a jedyny sposób, by przejść ten fragment, przypominał klasyczną scenę z dowolnego filmu akcji klasy C, kiedy to uciekający złoczyńca porusza się po fasadzie budynku po wąskich parapetach okien, twarzą do ściany. Było już wtedy oczywiste, że szliśmy ścieżką wydeptaną przez muflony – jeśli się nie mylę, nazywa się je trillos. Krajobraz okolicy był lasem sosnowym, co też oznacza, że wszystko, co poza ścieżką, było pokryte wieloletnią warstwą pinillo (suchych igieł) – kto miał okazję się na takiej powierzchni wykopyrtnąć, ten wie, o co chodzi. Co prawda ten trudny fragment miał najwyżej dwa metry długości, jednak pod nogami była przepaść do Oblivionu, a pod rękami luźna skała. Jednak radość z tego, że nie jestem już w wodzie, wyłączyła niekonstruktywne zamartwianie się i dostroiła umysł na falę koncentracji. Przeszłam jako druga, za eksem. Fiona i Helmut na końcu przechodzili jakoś dłużej i oporniej, niż ja, co trochę połechtało moje ego.

Dotarliśmy jednak do miejsca, gdzie ścieżka się rozpłynęła, a przed nami tylko przepaść i zbocze pokryte pinillo i nadziane kilkoma sosnami. Na dnie przepaści – rzeka z wodą. Chłopaki wpadli na pomysł, żeby zaczepić linę o jedną z sosen i spuścić się zeń na dół. Nie byłam jednak zbyt przekonana, czy długość naszej liny wystarczy, bo dno było wyraźnie za daleko. Pojawiał się też inny problem: najbliższa sosna była ze cztery metry od nas w poziomie i ze cztery-pięć w pionie, a między nami a sosną było zbocze pokryte śliskimi igłami sosnowymi – nie dało się tam dojść. Eks wziął swój ocalały but i zaczął nogą dłubać w zboczu, z ideą stworzenia pozbawionych igieł, prowizorycznych schodów. My przycupnęliśmy w czuwaniu na zboczu – nie było miejsca, żeby się po prostu rozsiąść.

Po dłuższym czasie formowania schodów Eks uznał, że to bez sensu i że musimy zawrócić.

Tym samym po raz drugi musieliśmy przejść przez skały z planu filmowego kina akcji klasy Ć, by ponownie wrócić do naszej ukochanej wody. Udało nam się jednak skutecznie w tym czasie wyschnąć!

Schodząc ponownie do nurtu wody, w oddali, na szczycie góry, zobaczyłam dzikiego muflona. Może było ich nawet kilka, nie pamiętam. Popatrzył(y) na nas przez dwie sekundy i zawrócił(y). To był pierwszy i jedyny raz, kiedy widziałam legendarnego muflona.

Szliśmy dalej i tu było już dużo łatwiej. Woda była wartka i zamieszkiwało ją dużo żab. Trochę szło się w wodzie, trochę po kamieniach. Zaczęło się jednak ponownie ściemniać. Założyliśmy czołówki – tu już dało się poruszać w ciemności, było w miarę płasko a spady nie wymagały już lin. Jednak woda gdzieniegdzie okazywała się bardzo głęboka, a nie było jak jej ominąć bokami. Wiele fragmentów można było przebyć tylko… pływając. I tak oto, stopklatka w mojej głowie, kiedy to w ciemnościach, z czołówką i chmurą komarów przed nosem, płynę wodą z plecakiem i w butach górskich, rękami odgarniając zaskoczone, niebojące się ludzi żaby.

Dość jednak było znów tej wody po omacku i zaczęliśmy szukać jakiegoś miejsca na nocleg. Nie było zupełnie nic płaskiego i suchego. Musieliśmy wejść bardzo wysoko na strome zbocze, zanim znaleźliśmy półpłaski kawałek. Chłopaki rozpalili ogień. Ja z Fioną uznałyśmy, że poszukamy drewna do ognia na noc. I teraz kolejna stopklatka: dwie laski w czołówkach, z chmurą komarów przed facjatami, tylko w bikini i w butach górskich, chodzą w ciemności po iście stromym zboczu i targają ze sobą we dwójkę powaloną sosnę.

Po drodze znalazłam tymianek i poczułam się jak prawdziwy druid. Wyjęłam przemokły i wypłukany słodzik zero kalorii. W garnuszku McGyvera uwarzyłam prawdziwą ambrozję, napar z tymianku – jedyne „jedzenie” od czasu zielonego jabłka. Poczułam się jak geniusz. Po konsumpcji faceci zasnęli natychmiast. Kobiety natomiast dbały o dobrostan plemienia, dodając całą noc do ognia. W totalnej ciszy słychać było tylko szum wody i co jakiś czas zabijające komara uderzenie. Powalona sosna wystarczyła w sam raz do rana.

Całe szczęście trzeciego dnia rano okazało się, że jesteśmy już blisko miejsca, gdzie zostawiliśmy graty – faceci nareszcie rozpoznali okolicę. Gdzieś w wodzie znalazł się zaginiony but Eksa. Dotarliśmy do miejsc, gdzie w szczeliny między skałami powciskane były samochodowe pasy bezpieczeństwa – ekipa przed laty zostawiła je tam podobno, by ułatwić zejście w trudniejszych fragmentach. Ha, ha – trudniejszych…

Dotarliśmy do miejsca, gdzie zostawiliśmy rzeczy. Z tyłu głowy miałam cichą nadzieję, że ktoś miał coś do jedzenia, niestety śpiwory okazały się niejadalne.

Teraz już tylko kilka godzin marszu, żeby wrócić do auta. Za Dos Aguas zaczynamy mijać strudzonych na szlaku ludzi, nieświadomych naszej przygody. W milczeniu docieramy do samochodu, odstawiamy Helmuta z Fioną do ich noclegu, Eks wraca do domu i wysyła mnie do supermarketu w El Paso po jedzenie. Z aparycją zmokłej, wygłodzonej kury, ze spaloną skórą pokrytą dziesiątkami ukąszeń oraz z kilogramem glonów w butach staję w kolejce po kanapki. Przede mną jacyś Niemcy. Po raz pierwszy od dawna zaklinam palmeryjskie tempo, tę ich całą mañanę i pogawędki o que tal i mam ochotę ich rąbnąć, ale doczekuję swojej kolejki. Donoszę ciepłe, nadziewane buły do domu i rytualnie olewam swoją dietę, jedząc najsmaczniejszy posiłek życia. Śpię kilkanaście godzin, nie pamiętam, czy odbieram psa przed snem, czy po. Nie mam za bardzo ochoty ani siły się tłumaczyć ze spóźnienia. Pies się raduje, ja też, choć był trochę obrażony.

Z Helmutami spotykamy się potem raz na kolację. Lepię na tę okazję pierogi, było wino, chleb i szynka parmeńska. Jemy w jakimś dziwnym milczeniu i paradoksalnie nie mówimy nader dużo o tym, co zaszło. Helmuty przyznały się tylko, że najstraszniejsze dla nich były skały z planu filmu klasy B – że mieli już wtedy naprawdę dość i że przeszło im przez głowę skoczyć na dół.

Przez lata nie opowiadałam o tej przygodzie zbyt wielu osobom. Straciłam w tym czasie kontakt ze wszystkimi uczestnikami przygody i nie byłam w stanie się dowiedzieć, którędy tak naprawdę szłam. Studium mapy nie pomagało. Dopiero teraz zaczęłam szukać informacji wśród osób znających dobrze Calderę. W internecie odnalazłam znającego wyspę niejakiego Rayco Leal, który zasugerował miejsce, wskazując też punkt na mapie. Nie byłam jednak do końca przekonana, czy to na pewno to miejsce – z satelity nie da się definitywnie rozpoznać. W końcu niewiele osób na ziemi w ogóle tam było – również Rayco nie spuszczał się tam linami. Ostatecznie uznałam, że zapytam pracowników Caldery. Ci potwierdzili podejrzenia Rayco, zaznaczyli również, że to jest teren Caldery, do którego wejście wymaga autoryzacji – NO I SIĘ NIE DZIWIĘ. Dodali też, że w tej chwili wąwóz wygląda już zupełnie inaczej i nie ma w nim nawet połowy wody, którą widać na moich zdjęciach; od 5 lat La Palma boryka się z suszą.

Zatem początek mojej trasy nazywa się Cañón de Las Palomas (Hoya de Las Palomas) lub Barranco de Los Juncos (Hoyo de los Juncos). Na początku jest też jaskinia Cueva de las Palomas (nie mylić z tą w Las Manchas), a reszta szlaku to po prostu dno wąwozu Taburiente. Do Jaskini i wodospadu Las Palomas można dojść piechotą z plaży Taburiente, dalej już się nie da, z przyczyn zarysowanych powyżej.

Link do miejsca na mapie:

https://zoom.earth/#28.717408,-17.880334,17z,sat

Zapraszam do dyskusji w naszej lapalmowej grupie na Fejsie. Gratuluję tym samym czytelnikowi posiadania zanikającej już umiejętności czytania tekstów dłuższych niż trzy paragrafy.

https://www.facebook.com/groups/lapalma/permalink/2297499183821792/

Czego mnie nauczyła i jaki jest bilans tejże przygody?

  • Do zasady ograniczonego zaufania wobec oceanu dodaję zasadę ograniczonego zaufania do skał.
  • Satysfakcja z zobaczenia miejsca, którego prawie nikt nie widział – bezcenna
  • W życiu czasami ktoś musi ci pomóc i tyle.
  • Wszystkie legendy o śmierci ludzi w Calderze, nawet te najdziwniejsze, zapewne są prawdziwe.
  • Otaczaj się doświadczonymi ludźmi.
  • Rzucanie się w przepaść nie jest rozwiązaniem.
  • La Palma ma nadprzyrodzone moce, które sprawiają, że obcy ludzie bezinteresownie ci pomagają w sposób zaangażowany, w tym informacją.
  • Muflony istnieją.

4 Komentarze

Monia · 7 maja 2019 o 15:56

Świetnie napisana superprzygoda. Gratuluję Kinia jaj. W życiu bym tamtędy nie przeszła. Uciekłabym na widok pierwszego zejścia i poczekała na was z gorącą zupą przy aucie. Pozdrawiam

    Kinga · 7 maja 2019 o 16:06

    Ojtam, nigdy nie miałaś sytuacji krytycznej na morzu? 🙂

Wojciech · 7 maja 2019 o 18:13

Kingo, samo czytanie spowodowało, że mam poobgryzane z nerwów paluchy.
Satysfakcja dla Ciebie rewelacyjna. Gratuluję.
Mam tylko jedno pytanie:
Gdzie wtedy byli Rodzice….?

Pozdrawiam pięknie
Wojtek.

    Kinga · 7 maja 2019 o 18:32

    Hmm… w Polsce 🙂 Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *