Rąbek mojej duszy. Hau, hau.

W pełnej krasie
W pełnej krasie

Tym razem będzie bardzo osobiście, uchwylę wam rąbka swojej duszy. Będzie w jakiś sposób o mnie, ale głównie o moim kompanie. Niestrudzony upór w pogoni za tym, co kocha najbardziej, wielka miłość do towarzyszki podróży, bystre oczy, wyjątkowa umiejętność nimi łypania, nadprzyrodzona umiejętność chwytania rzepów i wieloletnia pasja wobec jeży, słowem – mój pies, Dolar.

Poza uchyleniem skrawka duszy, wpis zawiera informacje użyteczne dla tych, którzy chcą się tu przeprowadzić i planują transfuzję swojego zwierza z Polski na La Palmę. A także informacje bezużyteczne, ale, jak to u mnie, fajne. Nie wiem kogo to może obchodzić i dlaczego, ale wiem, że będzie, bo lubicie mnie czytać :)

W górach na Teneryfie
W górach na Teneryfie

Krótkie bio: Dolar, urodzony w Nysie podczas powodzi, rocznik 1997. Po zakupie, podróż autem do domu spędziłam leżąc na tylnym siedzeniu, z głową w jego budzie. Nie był jedynym zwierzem w domu, lecz z jakiejś przyczyny wybraliśmy się nawzajem, widać, mówił mi: “Dżizas, co to za banda szczekających, wrzaskliwych yorków, Kinga, proszę, weź mnie i rzuć mi zabawkę, bo nie zdzierżę z nimi”.

I tak się w sobie zakochaliśmy na całego od pierwszego wejrzenia. Nic więc dziwnego, że te sporo lat później, gdy zmieniałam swoje miejsce pobytu, nie mogło go zabraknąć u mego boku.

Psia wyprowadzka

Dolar na czarnym piasku
Dolar na czarnym piasku

I tak oto kudłaty bohater naszej opowieści powędrował ze mną na południe Hiszpanii, pod Gibraltar, gdzie spędziłam rok, zanim przeprowadziłam się na Kanary. Nieistniejąca już firma Sky Europe (więc z radością ją troszkę oczernię) podpadła mi gruntownie tego paskudnego, jesiennego dnia około godziny czwartej nad ranem.

Loty nie były jeszcze wówczas czymś bardzo powszechnym i rozwiniętym. Szczepienia, jeszcze niezbyt stabilne przepisy unijne po wejściu do wspólnoty, paszporty dla zwierząt i inne niezbyt uregulowane dziadostwa, nikt jeszcze do końca nie wiedział, co i jak.

 

Arrrrr!
Arrrrr!

Przed wylotem do Malagi upewniłam się milionkrotnie na infolinii – czy można brać ze sobą psa na pokład? Tak, do ośmiu kilo, można, w zamknięciu, które wejdzie pod siedzenie.

Radośnie więc zapakowałam Dolara do szmacianego, najmniejszego kuferka, jaki oferował sklep dla zwierzy, po to tylko, by po dotarciu na lotnisko, przy nadawaniu bagażu pani powiedziała mi, że przecież psów na pokład wnosić nie wolno. Można nadać jako bagaż.

 

 

Z jeżem
Z jeżem

Z całą powagą tego najbardziej popularnego polskiego owocu lingwistycznego – że, kurwa, co?

Tabletki uspokajające dla psów nie należą do rzeczy, które akurat się miewa w kieszeni między kluczami a portfelem. Oczami wyobraźni widziałam mojego ukochanego Dolara, jak w zimnym luku patrzy przestraszonymi oczętami na dwudziestokilogramową walizę, która właśnie z impetem przesuwa się ku niemu, aby rozgnieść na papkę szmacianą skrzynkę z nim samym w środku. A nawet jeśli nie uległby zgnieceniu na miejscu, jak ze stresu i tęsknoty za mną pękają mu wszystkie malutkie żyłki, aorty, aorciątka i organella, a ja lecę sobie synchronicznie kilka metrów nad nim, w wygodnym fotelu, tylko po to, by kilka godzin później przyjąć w Maladze trupa od uśmiechniętej na pół twarzy stewardessy.

Ciap
Ciap

Ale jeśli Dolar ze mną nie poleci, no to co, bez niego mam żyć? Jakież to w ogóle życie? Następny przystanek w Polsce pewnie za rok. Rok bez Niego? Też umrze beze mnie. Tu śmierć i tu śmierć, pożoga i zniszczenie.

Zapytałam więc – Pszę pani, czy aby na pewno może w takiej szmacianej rzeczy lecieć w luku? luk jest grzany?
– Tak, oczywiście.

 

 

 Plaża is maj plejs
Plaża is maj plejs

No dobra. Jakoś, kurde, wytrzyma. Ja też, jakoś, kurde, wytrzymam. No to nadałam psa, jak jakąś rzecz.

I stojąc już na dworze w kolejce do samolotu widzę, jak podjeżdża sznurek wózków z bagażami, a Dolar w swojej skrzyneczce w rękach włochatego Operatora Melexa, już zdalnie widziałam, że Dolar wie, że coś jest nie tak, nasze telepatyczne połączenie pozwoliło ustalić, że bardzo potrzebuje ostatniego pogłaskania przed rychłą śmiercią przez rozsadzenie czaszki zmianami ciśnienia, wystąpiłam więc z kolejki i podbiegłam do Operatora Melexa.

 

Przy naturalnych basenach
Przy naturalnych basenach

– To pani pies? Bo wie pani, on nie powinien być w takiej szmacianej skrzynce w luku bagażowym, coś go może zgnieść.

Noszkurwajegomać.

To ten moment, w którym zaczyna się panikować i biegać w kółko i machać rączkami.

– Pani poczeka.

 

 

Ja i Dolar.
Ja i Dolar.

Pan Operator Melexa zawołał stewardessę. Pani stewardessa podreptała schodkami do samolotu. Sześćdziesiąt sekund później wydreptała na dół i powiedziała, że pilot zgodził się na nietypowego gościa na pokładzie.

O, Anioły i inne nadprzyrodzone Merkaby i Sziwy, nie wiem, jak żeście to zrobili, ale dziękuję Wam jeszcze raz za tamten motyw.

 

Z Malagi pod Gibraltar

Draceny na La Palmie
Draceny na La Palmie

W Maladze było gorąco jak pieron. Asfalt się gotował. Czekało mnie kilka godzin autobusem do Gibraltaru. Jakże ręcę mi opadły i jakże znamienny dla hiszpańskiej kultury był fakt, że kierowca autobusu KATEGORYCZNIE odmówił przewozu psa w autobusie. Sziwo, dzięki za poprzednie z samolotem, ale tym razem dałeś ciała – właśnie jakiś słowacki pilot pozwolił na grube nagięcie przepisów lotniczych, a ty spocony hiszpański kierowco autobusu taki jesteś przepisowy. Musiałam zamknąć psa w ciemnym, gorącym luku bagażowym na cztery godziny z jedną przerwą na siku i picie.

Gdybyście wiedzieli, jak Dolar na mnie nabluzgał po tej podróży…

Rok pod Gibraltarem.

Kostarykańscy przyjaciele
Kostarykańscy przyjaciele

Dolar był gwiazdą lokalnej plaży. Bo Dolar miał jedną, charakterystyczną cechę. Miał tylko jeden sens życia, jeden cel, taki przenajwyższy nad przenajwyższymi, i było to aportowanie. Dolar nie aportował tak po prostu – Dolar aportował całą duszą, wręcz tym aportem BYŁ, do ostatniego atomu jego pazura.

Najlepiej, gdy był to żółty, kolczasty jeżyk, od biedy mogła być inna lateksowa zabawka, a jeśli już wszystkim obecnym istotom ludzkim na jego horyzoncie ręce odpadały od rzucania, przynosił dowolne zaokrąglone obiekty, np. jakieś jabłka spod drzewa, i je gryzł, i jeśli pomiędzy rozpoczęciem gryzienia a kompletnym rozmemłaniem danego owoca nikt go nie rzucił, brał i rozmemływał następne.

Aport
Aport

Aporty występują w różnych stylach: zwykłe, długodystansowe, z pułapkami w lesie, wodne (wodne z falami, wodne głębinowe, wodne odległościowe), z podkręcaniem, z łapaniem w powietrzu… generalnie rzadki widok jak na Yorka.

Warto mieć psa dla czystych, egoistycznych i materialnych korzyści. Codzienna poranna prasa w barze przy plaży, z nieodłącznym rzucaniem jeża na plażowy piasek, zaowocowała dzięki Niemu wieloma darmowymi kawkami od zafascynowanej moim kochanym zwierzem ekipy z baru, a także ciekawą przyjaźnią z bandą kostarykańskich motocyklistów.

Teneryfa

Dolar pod Teide
Dolar pod Teide

Mieszkałam w małym, wiejskim domku, którego wiejskość charakteryzowała się głównie pchłami i inwazjami mrówek. Tutaj Dolar nabył cztery nowe odznaki skauta:

1. Otwieranie drzwiczek (!) spod zlewu i wywalanie wszystkich śmieci po całym domu. Jako nieodłączne uzupełnienie tej czynności wymienić muszę szerokopasmowe autostrady mrówek, które zgodnie z Dolarem bardzo upodobały sobie zdrowe i soczyste resztki organiczne. Zatrucie i pozamiatanie mrówek zazwyczaj wystarczało na jeden dzień, Dolara postanowiłam nie zatruwać i nie zamiatać.

 

Aport wodny
Aport wodny

2. Aportowanie morskie w wersji głębinowej w naturalnych basenach skalnych oraz w wersji dużo bardziej wrednej i mniej przez niego lubianej, falowe (trochę fal go poturbowało, ale czego się nie zrobi dla jeża!). Jak tak sobie pomyśleć, to chyba mało psów zaznało w życiu takich luksusów. Mój Boże, Dolar miał więcej luksusów w życiu, niż niejedno biedne dziecko z Somalii… Czy powinno mi być z tym źle?

3. Aportowanie wysokogórskie z elementem zmyłki. Od rzutu do odnalezienia jeża w gąszczu krzaków mijało nawet do 10 minut nieustającego maratonu. Wyobraźcie sobie te małe, pulsujące płucka i serduszko trzykilogramowej istoty po 10 minutach biegania na maksa w kółko w nadziei na dość losowe trafienie na jeżowy zapach.

4. Bycie psim Lordem Vaderem.

La Palma

Rola pierwszoplanowa
Rola pierwszoplanowa

Tu już było jak w domu. Dolar jak zawsze podbijał serca wszystkich i łamał i tak niezbyt wielkie na La Palmie bariery międzyludzkie. Był ze mną z najgłębszych zakamarkach Caldera de Taburiente, w Basenach La Fajana, przeszedł ze mną całą Ruta de Los Volcanes, oglądał wnętrze krateru ze szczytu Roque de Los Muchachos, zwiedził dżunglę, chodził na grzyby, przeżywał ciężko razem ze mną fale gorąca z Sahary, parzył łapy o gorący, czarny piasek na plażach, wspiął na szczyty Punta de Los Roques i niejedną noc w schronisku ze mną spędził, słowem – zawsze u mego boku, był przedłużeniem mnie, a może to ja byłam przedłużeniem niego?

 

Chory.
Chory.

Pewnego dnia Dolar zachorował. Zaczął chudnąć, coś było bardzo nie tak. Nie pił wody, wkładał łapę do miski i próbował tę wodę ze środka wydrapać. Tu kłania się smutnawy świat niższego standardu weterynaryjnego La Palmy. Bo wiecie – że jakieś emergency, w nocy? Zapomnijcie. Trzeba czekać, a jak siesta, to siesta, a poza tym otwarte tylko w dni nieparzyste, bo w parzyste weterynarz jest gdzie indziej, weekendy klamka… a jak już badania krwi, to trzeba je wysłać na Teneryfę i poczekać dwa dni, aż wyniki dotrą kurierem. Nawet nie wiecie, co za napięcie, kiedy coś, co najbardziej kochacie na świecie, zaczyna umierać w twoich ramionach i niewiele można na to poradzić.

Udało się, kroplówki, zaczął jeść. Niewydolność nerek. Leki. Wyzdrowiał. Wspaniała okazja, by sprowadzić z Polski nowego, żółtego jeża z jego ulubionej konsystencji lateksu.

Podróż do Galicji

na Roque de Los Muchachos
na Roque de Los Muchachos

Miałam taki krótki epizod mieszkania chwilkę w Galicji. Pewnego dnia wkurzyłam się na La Palmę (wyrzucono mnie dość nieładnie z pracy), zapakowałam cały swój dobytek po ostatni zakamarek mojego niezbyt pokaźnego samochodu, wydzielając mały skrawek koca na siedzeniu pasażera dla mojego kompana podróży, Dolara. Samochód wysłałam promem na południe Portugalii, a sama do Portugalii dotarłam samolotem. Wsiedliśmy w auto i tak oto jechałam po raz pierwszy w życiu autostradą (kto widział palmeryjskie drogi, jest w stanie sobie wyobrazić różnicę jakości prowadzenia) tysiąc km, mój zawsze ze mną obecny towarzysz podróży i ja, co chwilę zatrzymując się na podawanie leków, picie i tak dalej. Było gorąco.

 

W Caldera de Taburiente
W Caldera de Taburiente

I tak oto dotarliśmy na północ Hiszpanii, tylko po to, by po dwóch tygodniach… wziąć to samo auto, znów je zapakować, przejechać z powrotem 1000km, wsiąść razem na prom, płynąć 48h przez Maderę na Teneryfę, a z Teneryfy promem na La Palmę. Na promie, choć nie było wolno, potajemnie brałam Dolara i chowałam go ze mną pod koc.

Dolar, sorry, że cię tak targałam, choć wiem, że i tak to lubiłeś :)

 

 

Obleśny weterynarz

"Jeszcze może być dobry dzień"
“Jeszcze może być dobry dzień”

Około rok rzucania jeżyków później, Dolar zachorował ponownie. Mieszkałam wtedy w okolicach Santa Cruz i tu był już w miarę ogarnięty, starszy weterynarz – chyba najbardziej ucywilizowany na wyspie. Nazwiska podawać nie będę, ale kosztem, który musiałam ponieść za należytą opiekę weterynaryjną, było znoszenie jego niedwuznacznych uwag, “przypadkowe” chwytania mnie za rękę i inne dziwne jazdy. Dolar, dla Ciebie nawet to.

 

 

 

 Ostatnie dni
Ostatnie dni

Niestety, po trzynastu latach przyszedł moment, kiedy nasza podróż razem musiała się skończyć. Jeże przestały go interesować, a to już oznaczało koniec. Były święta wielkanocne i po ulicach chodziły głośne procesje, a ja tylko chciałam, żeby były cicho, przecież mój Dolar potrzebuje teraz ciszy. W pewnym momencie chodził już tylko przed siebie napotykając bez sensu na ściany i kąty mieszkania.

Weterynarz go uśpił, zapakował w plastikowy worek i oddał. Więcej nie widziałam ani wstrętnego weterynarza, ani Dolara.

 

Do zobaczenia
Do zobaczenia

Dolar leży w górach przy szlaku Siedmiu źródeł (Camino Siete Fuentes) i patrzy z góry na wiecznie niebieski ocean. Posadziłam przy nim jedyny na La Palmie dąb, z własnoręcznie wykiełkowanego nasiona, który przywieźliśmy razem z Galicji.

Dolar, za chwilę miną trzy lata, kiedy Ciebie nie ma i tak bardzo liczę na to, że za mojego życia będzie można zrekonstruować Cię z próbki DNA. Mam nadzieję, że w niebie mają dużo jeży.

Podobne wpisy

4 thoughts on “Rąbek mojej duszy. Hau, hau.

  1. 1000000 punktów za wspaniała, pełną serca opowieść. Łezka się w oku zakręciła. Od zawsze w moim domu były psy i koty i ilość pokrewnych historii, jakie się wydarzyły, pozwala na czytanie takich opowieści ze 100% zrozumieniem. Dziękuję!

  2. Witaj,

    Z prawdziwym wzruszeniem przeczytałem Twoją opowieść. Zawsze (prawie) w moim domu był pies: PrawieJamnik, PrawieMaltańczyk, WielkiWspaniałyWilk, to jest ogromny i bardzo mądry, i najłagodniejszy na świecie owczarek niemiecki imieniem Ares (imię nadane przez syna), który bronił małe pieski, jeśli napadał na nie jakiś duży pies. Boże, jakże go wszyscy kochali i jak on kochał wszystkich! Nigdy nie trzeba mu było rozkazywać: wystarczyło spojrzeć, a czasem i tego nie i już obaj rozumieliśmy wszystko… Przeżył 13 lat. Zakończył życie trzymając swój ogromny welurowy łeb na moich dłoniach, którymi go podtrzymywałem, aby było mu jakoś lżej odejść do psiego raju. Uwielbiał aportować, uwielbiał gryźć patyki, czyli w rzeczywistości wielkie drągi, z których w pół godziny robił drzazgi nie większe od zapałek…

    Jakże Cię dobrze rozumiem!

  3. Witaj, łza w oku pod koniec.. ale czuje ze twoj pies wraz z innymi moimi i naszymi ma teraz nielada frajde w chmurach, tarmoszą jeżyki, gumowe warzywa z piszczałką, tudzież inne wynalazki. Wczoraj dowiedzialam sie o La Palmie, od dwoch lat jestem na emigracji w Ame.pld., moj tzw pupil, mam nadzieje, ze chociaz moj zapach pamieta. Zabranie 50kg pupila łóżkowego na drugi koniec swiata byl niemozliwy dla serca mego, a teraz wiem i czytam, ze La Palma moze byc dobrą alternatywą dla mnie i dla niego :) Byloby milo juz no. w grudniu gdzies pod palmą na la palmie wspolnie kawy sie z tobà droga Kingo napić. I niech moj biszkoptowy cudak tez juz i tam bedzie. Zycze sobie na koniec roku i ciebie pozdrawiam, doceniajac slowa i styl, ktorym tu nam pieknie piszesz. W razie co moge dowiesc jakies wigilijne slodkosci ze stolu polskiego, rodzinnego, mojego.. ;) pozdrawiam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.