port La Restinga, El Hierro

port La Restinga, El Hierro

Od 4 dni jesteśmy sobie utknięci na El Hierro, w La Restinga, porcie na chyba największym (acz uroczym) zadupiu, które można znaleźć na całych Kanarach – bądź co bądź to “koniec świata” był, zanim przeniesiono stąd pierwszy południk do Greenwich.

Wiatr i j*ne fale nie pozwalają na wypłynięcie, port jest tak mały, że nie ma wody ani prądu by podładować jacht, więc tak sobie koczujemy myjąc się w kranach barowych pod krytycznym okiem filipińskiej barmanki, znamy już wszystkich ziomków z okolicy (codziennie są ci sami, siedzą przy tych samych stołach, robiąc to samo). Nasze umiejętności survivalu pozwoliły wyczaić jedyne publiczne prysznice na wyspie – aby wykąpać się wśród choinek musimy przejechać 15km w jedną stronę i biada temu, kto zapomni mydła.

Przed chwilą dostałam w prezencie od lokalnego dredziarza-artystę-pizzomajstra imieniem Alejandro, Restingolitę – kawałek lawy wyplutej przez aktywny wulkan, o którym jakże głośno było. W tej chwili wulkan jest spokojny, obok nas cumuje statek z uniwersytetu z Las Palmas, eksplorujący dno i aktywność wulkanu. Aktywność jeszcze jest, woda ma temperaturę 45 stopni, ale wszystko się już uspokaja. Cieszą się z tego powodu eksploratorzy, którzy chcą wracać do domu, a smucą się rybacy, którym rząd płaci za niełowienie ryb (dostają odszkodowania z UE). A my za to siedząc w wiosce rybackiej nawet rybki nie możemy sobie zjeść 😉

Kawałek dalej schował się przed zyliardem w skali Beauforta także trójmasztowiec ze Szwecji, gdzie, jak to zwykło się zdarzać, jednym z oficerów jest Polak. Krzysztof oprowadził nas po pokładzie (i pod nim). Mają neta i plazmę!

port La Restinga, El Hierro

port La Restinga, El Hierro

Wczoraj pożegnaliśmy się z Aronem, przygarniętnym ówcześnie na La Palmie. Ostatnio widziany był, gdy obserwował dredziastą podróżniczkę z patelnią. Mamy nadzieję, iż jest cały i zdrów, i tęsknimy.

Dziś już mamy nieco dość “żeglowania” i jednak wypływamy, mimo pogody. Od jutra ma być mniej wiatru, jakoś tę noc przeżyjemy i mamy nadzieję dopłynąć niezbyt rzygająco do La Gomery. Życzcie powodzenia 🙂


1 Komentarz

Aron · 20 marca 2012 o 18:09

Witam, witam, i o zdrowie pytam! U mnie wszystko dobrze. Podróżniczka z patelnią okazała się towarzyszką podróżnika w kapeluszu… Dołożyłem wisienkę do tortu – Roque Imoque. Pozdrawiam Was wszystkich kochani i odezwijcie się już z tej Gomory! Ola!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *