Owczarek garafiański

Owczarek garafiański

Wiem, że to w tej chwili dla Was mało egzotyczna rzecz, ale tu, wierzcie mi, nią jest.

Śnieg.

Świecka Tradycja nakazuje jechać  w góry, skonstruować na masce samochodu bałwana i zjechać nim na wybrzeże. Plan na dziś: wjazd, bałwan, zjazd i lody na plaży!

Śnieg (grad) na La Palmie spada jakieś dwa, trzy razy w roku powyżej 2,000 m. n.p.m. Czasem, bardzo od święta spadnie niżej, blisko cywilizacji. Sport narodowy tego dnia to „dupoloty po gradzie, zanim się stopi”.

Wyposażona w banana (nos dla bałwana) ruszyłam w drogę. Trochę trudny to plan, bo wyprodukowany bałwan powinien być pancerny –  nie może się stopić ani zsunąć  przez 2h drogi. Przyznać muszę, że takie importowane bałwany widziałam tylko na bagażnikach pick-upów.. ale co tam, nie będzie bałwan pluł mi w twarz!

Standardowe przeszkody na drodze

Standardowe przeszkody na drodze

No więc wjazd, a co za tym idzie przejazd przez strefę wiosny – pod koniec stycznia kwitną migdałowce, więc krajobraz jest zaiste kwietniowy. Wraz ze wzrostem wysokości, wjazd w strefę jesieni, trochę pluchy, potoki wody spływającej z gór, która niewiele wcześniej była jeszcze śniegiem. No i strefa zimy, powyżej 2k.

Wylazłam z samochodu i po kilkunastu sekundach zapał do budowania wypasionego bałwana opuścił najbardziej skryte zakątki mej duszy i ciała. Deszcz, grad w oczy, wicher, tragedia 🙂 I chyba nie jest to jedynie moja opinia, bo na śniegu nie było śladów niczego poza królikami. To znaczy, że w Mekce każdego wizytatora La Palmy i zakochanych par, najwyższym szczycie, od kilku dni nie zawitała żywa dusza. Tylko poniżej, przy stanowiskach pracy, widać było ślady życia, czyli zaparkowane Jeepy astrofizyków.

A na plaży pełen luzik.

A na plaży pełen luzik.

Kołko w tę, kółko wewtę, przemokłam do reszty, pies zachwycony, ale uznałam że przemoknięcie to wspaniała okazja do tego, żeby wracać do samochodu. Okazuje się, że 30 minut wystarczy, by zamarzł płyn hamulcowy…! Pierwszy symptom zaistniałego problemu – przy zjeździe po serpentynach stromo w dół – przynajmniej trochę dogrzał adrenaliną.

Wpierw trzeba się było osuszyć, ale swego dopięłam: trzy gałki, jedna na drugiej, chociaż wafelek na dole. Prawie jak bałwan 🙂


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *