La Palma – grudniowa kontrola jakości

Słońcem łechtane lico

Ostatni raz stopa moja dotknęła cudownej ziemi La Palmy dwa lata temu. Druga zresztą też. Co na pewno zmieniło się od tamtego czasu to łatwość dostępu – dwa lata temu były to linie Norwegian, załapałam się na „bardzo dobry i tani deal” – dziś jest to latający z Londynu EasyJet, gdzie ceny ówczesnego dealu to dzisiejsza normalka.

Wyjazd zapoczątkowały utrzymane w pięknym balansie niespodzianki. Najpierw siadam ja sobie w samolocie, po prawej mam puste miejsce i rzeczę sobie wewnętrznie do swych własnych zwojów: „o, jak fajnie, może nikogo nie będę miała po prawej, będę się mogła położyć na te cztery godziny”. Po paru minutach zastygam z mięśniami twarzy ułożonymi w encyklopedyczną definicję konsternacji, bo dostrzegam wchodzącego do samolotu mojego brata. To nie był zbieg okoliczności. To była misternie przygotowana niespodzianka dla mnie! (zamiast czterogodzinnej ciszy były czterogodzinne śmiechy, bardzo przepraszam pasażerów w okolicach naszych siedzeń, nie zaznaliście przez nas spokoju).

Na Roque

Po wylądowaniu niespodziankowy balans uległ wyzerowaniu, bo zadzwoniwszy do Amauriego (kucharza Sabiny w restauracji La Vitamina) okazało się, że jednak wykręciłam numer La Vitaminy, a nie Amauriego, tym sposobem spektakularnie psując plan niespodziankowego zaskoczenia Sabiny.

Tymczasem ląduję na La Palmie. Jest grudzień. Najpierw uderza mnie ciepło. Powietrze jest, po prostu, przyjemnie ciepłe. Znając chaotyczną mapę pogodową La Palmy dość dobrze, jestem zaskoczona słoneczną pogodą na miarę wczesnej jesieni i zupełnym brakiem chmur. Tym samym zawstydzam się, przypominając sobie moje odpowiedzi na wszystkie wasze maile, gdzie nieugięcie pytacie o to „jaka będzie pogoda…”. Na grudzień zazwyczaj przygotowuję was na chłód i opcję deszczu. A tu psikus, jest po prostu cudownie – jak się później okazuje, do samego końca pobytu.

San Bartolome

Tak czy owak, alleluja. Kąciki ust wędrują radośnie po linii wertykalnej wzwyż. Lotnisko na miarę Nowego Jorku, oczywiście, opuszczone jak Czarnobyl, przemiły pierwszy etap adaptujący mnie do gęstości zaludnienia i palmeryjskiej presji populacji na otoczenie. Miły oddech po Irlandii, jednym z najbardziej biegających i pośpiesznych krajów świata – przynajmniej podług wspominanej już na łamach lapalma.pl niegdyś lektury „Geografii czasu”.

Pan palmeryjczyk kontrolujący paszporty po prostu tryska najszczerszą radością, zupełnie, jakby go jakaś loteria trafiła, że mnie kontroluje – kontrast po surowych acz uprzejmych panach skanujących mnie rzetelnie w poszukiwaniu terroryzmu na lotnisku London Gatwick.

Maroparque

Brat u boku, przyjmuje pierwsze wrażenia na swoją białą kartkę wrażeń z La Palmy – zapisaną jedynie luźnymi, zewnętrznymi opisami z moich opowieści.

Czem prędzej bierzemy wynajęty samochód i pędzę, pragnąc kawy cortado natural – no i dość głodna, chcę coś szamnąć. Przystosowując się na bieżąco do ruchu prawostronnego lecimy do Casa Goyo, kultowej restauracji tuż obok lotniska – restauracji prostej, betonowej, z drewnianymi chatkami i plastikowymi krzesłami i trzema już lekko wstawionymi dziadkami przy barze – czyli folklor w pełnej krasie. Trochę egoistyczny wybór z mojej strony, bo moje braterstwo raczej nie rozumie jeszcze wyboru tak mało eleganckiego miejsca. A ja tylko cieszę mordę, pijąc kawę z porysowanej szklaneczki, dziubiąc kalmary niczym czipsy i patrząc na leżącego na podłodze na kompletnym ludzie jasnowłosego kundelka, który ma kompletnie wyjebane na wszystko, a szczególnie na przechodzących obok co chwilę ludzi – podnosi tylko czasem leniwie jedną czy drugą powiekę, aby ponownie ją zamknąć. Kilkanaście minut obserwacji psa w stanie Zen wprowadza mnie w lapalmowy rytm; moje tempo i tryb zadaniowy powoli spada z 90% do 60%. Oddycham wolniej.

Salinas de Fuencaliente

„Zaskakujemy” Sabinkę w Vitaminie, przysysam się do wytęsknionych koktajli z mieszanki różnych dziwnych owoców, potem lecimy dalej rozłożyć graty i nie zwalniając tempa, lecimy do Cervecería Isla Verde w Tijarafe – lokalny browar, prowadzony przez Polkę wraz z Belgiem. Joli niestety nie było, ale zjedliśmy zacnie, oraz (już pierwszego dnia pośrodku niczego) napotkałam na równie zaskoczonego znajomego.

Telefon pokazywał czerń. Brak dostępnych Wi-Fi. W ogóle, tu nikt nie ma Wi-Fi. Nie pamiętałam już takiego widoku… Witamy na La Palmie. Jestem w domu!

Już nocą, lecimy na szczyt Roque de Los Muchachos, aby obejrzeć gwiazdy. I tutaj, proszę państwa, rada dla was – uczcie się na błędach innych. Nie przewidzieliśmy, że była pełnia księżyca. To znaczy, że po wjeździe na górę nie dość, że brat nie mógł zobaczyć obserwatoriów – bo było za ciemno – to jeszcze nie było widać żadnych gwiazd, bo było za jasno. No dobra, nie żadnych – było coś widać, ale to naprawdę kpina w porównaniu do tego, na co palmeryjskie niebo stać.

Balcón Taburiente

Aklimatyzacja dalej trwała, postanowiliśmy więc w ramach przystosowania do otoczenia spędzić pierwszy dzień na robieniu niczego. Nadal nie mogłam uwierzyć w tak piękną pogodę jak na grudzień, zatem rzeczy w samochód i ziuu na plażę. Puerto Naos było wyjątkowo pełne – na plaży brat naliczył aż 60 osób od jednego jej krańca do drugiego. Zostałam zasypana czarnym piaskiem w ramach zabiegu upodobnienia do czarnego krokieta. W barze sok ze świeżych pomarańczy i kawka. Gdy już porobiliśmy wystarczająco nic, czas się było nagrodzić jedzeniem. Wizyta w Balcón Taburiente zdała się bratu podobać – z lewej strony otulało nas zbocze Barranco de Las Angustias, z tyłu plecki grzał zachód słońca, z boku piszczał stół rzeszy kanaryjek, a pod nogami łasił się niesamowicie wygłodniały kot, który już od jakichś pięciu minut nic nie jadł.

Kawałek szopki

Kto kiedyś zawita na La Palmie podczas świąt Bożego Narodzenia, polecam wślizgnąć się obok urzędu miasta (Ayuntamiento) Los Llanos, gdzie co roku stawiana jest skanaryzowana szopka, w tegorocznej edycji pełna misternie przyszykowanych, miniaturowo-chrystusowych bananów.

Tryb zadaniowy powoli spada z 60% do 30%.

Papas locas

Dalsze dni i godziny przyniosły między innymi: obowiązkową wizytę na ciastka migdałowe w barze Parada we Fuencaliente, gdzie od napotkanego zaskoczonego właściciela (Eduardo) dostałam w prezencie dwa wielkie klocki skoncentrowanej pigwy dulce de membrillo roboty jego ojca; moją pierwszą wizytę w nowej restauracji Jardín de la Sal we Fuencaliente; rozdziewiczenie mojego brata w temacie zjawiska frytek papas locas, odwiedziny skrytego wysoko w górach grobu mojego psa, odwiedziny starych znajomych i w ramach „hej, obadajmy miejsca, których nie znam” – wizyta w mikroskopijnym ogrodzie zoologicznym Maroparque.

Bar Parada

Wnioski: ciastka migdałowe są niezmiennie pyszne, Jardín de la Sal we Fuencaliente jest naprawdę bardzo ładną restauracją, ale ceny spowodowały zmarszczenie mojego czoła i focha, ponieważ to pierwsze znaki komercjalizacji wyspy – pod przychylnym okiem rządów usunięto stare szczękoblaszakowe rodzinne restauracje z ceratkami, po to, by postawić nowoczesny klocek ewidentnie zaprojektowany do wyzysku kieszeni turystów. Ponieważ wiem, jakie ceny na La Palmie być powinny, zwinęliśmy się do pewnej schowanej nadmorskiej budki, do czego i Was zachęcam w podobnych sytuacjach.

 

Dąb

Wizyta u mojego psa Dolara była miłym zaskoczeniem; posadzony tam przeze mnie dąb jeszcze dwa lata temu radził sobie dość słabo, był rachityczny i żółkł, a tymczasem, patrzcie no, urósł do góry pełną parą, ma fajny, gruby pień u nasady i jest na maksa zielony. Będzie rósł dalej, teraz nawet przeżyje atak wygłodniałej kanaryjskiej kozy. Jupi!

Maroparque dopisuję do kolekcji otagowanej jako „warto”. Małe zoo na zboczu góry jest naprawdę ładne, przede wszystkim bardzo zadbane, tylko niektóre zwierzęta trzymane były w – moim zdaniem – za małych klatkach, reszta miała naprawdę fajne warunki. Wiele klatek było skonstruowanych tak, że trzeba było przez nie, pomiędzy zwierzętami, przejść; różne gatunki współżyją sobie razem na jednej przestrzeni. Zamieniłam sobie kilka zdań z paroma papugami i małpami. Wrażenie było miłe. Polecam! Fajna satysfakcja z obejrzenia obiektu, którego jakimś cudem przez lata życia na wyspie nie udało mi się zaliczyć.

Mój gust barowy

Brat szybko chyba dostosował się do mojego gustu, jeśli chodzi o dobór lokali gastronomicznych. Nieudaną próbę przejścia szlaku Marcos y Corderos zastąpiliśmy wizytą w Los Tilos, a w pieszej drodze powrotnej natknęliśmy się na kilka opuszczonych drzew guawy, co samoupoważniło mnie do zapchania owymi guavami kieszeni, celem późniejszej konsumpcji i plucia pestkami.

La Palma się zmienia. Jestem trochę zadowolona i trochę przestraszona. Generalnie ceny idą w górę, co po części jest normalne, ale po części chyba wynik dotarcia tanich linii właśnie; bo i turystów jest nieco więcej (bynajmniej daleko od „dużo”. I tak najczęściej siedzą w hotelach!) Nadal jednak stosunek jakość/cena całości „La Palma experience” jest mega. Po drugie, na wyspie jest więcej Polaków – co jakiś czas było język Polski ukradkiem słychać. To na pewno wynik wielce od lat wyczekiwanego osadzenia się biura podróży Itaka, które serwując loty czarterowe jest jedynym polskim biurem podróży sprowadzającym na La Palmę. Podług plotek, właściciel Itaki darzy La Palmę wyjątkową sympatią. Przybywających Polaków bardzo proszę o wychodzenie z hotelu i oglądanie zakamarków, a także o wyszukiwanie małych lokali i zostawianie tam pieniędzy celem wspierania localsów – pomimo all inclusive!

Zamiast Jardin de la Sal (piękne dekoracje świąteczne)

Najbardziej żałuję, że nie zdążyłam zjeść arepas (wenezuelska buła z mąki kukurydzianej). Chlip. Muszę wrócić.

Na koniec zdradzę sekrecik. Może nie piszę na blogu bardzo regularnie, ale La Palmy z serca wyplewić się nie da, rośnie bezczelna i kwitnie i powoduje błogostan. W wyniku czego opracowuję jedyny przewodnik po La Palmie po polsku! Taki porządny, długi, kompletny. Stay tuned :)

 


6 thoughts on “La Palma – grudniowa kontrola jakości

  1. Byłem (koniec lipca 2016 ), zwiedziłem i im dłużej czasu mija tym bardziej chcę wrócić.
    Pozdrowienia dla wspaniałej przewodniczki Karoliny ( autokar z Itaki , Pani przewodnik z La Palmy) oraz Pani z wypożyczalni aut (nie pamiętam imienia).
    Gorąco polecam.

  2. Super:)
    Może ten przewodnik będzie powstawał jeszcze trochę? Bo obawiam sie, że im lepszy przewodnik, tym więcej ludzi przyciągnie i już nie będzie tak błogo na La Palmie;)

    1. E, chyba nie grozi, choć przyznam, sama mam trochę obaw :) Na pewno wyedukuje i mam nadzieję, że przyciągnie odpowiedni rodzaj ludzi, zniechęcając nieodpowiedni :)

    2. Pracuję, pracuję.. mam nadzieję skończyć szybko, ale to mozolna robota :) Na razie La Palma jest bezpieczna :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.